Bardzo lubię Joannę Kluzik-Rostkowską, Elżbietę Jakubiak i całą ekipę „muzealniczą”, z którą są związane. JKR uważam za jedną z najbardziej udanych ministrów III RP, która bardzo dobrze przysłużyła się ideom równouprawnienia oraz rozsądnie pojętej „ewolucji obyczajowej” w polskim społeczeństwie. Chociaż środowisko to utożsamia się z (centro)prawicą, to stanowią zarazem jedną z niewielu w dzisiejszych politycznych okolicznościach formacji, które mógłbym poprzeć z relatywnie czystym sumieniem. Cenię ich za kompetencje i za styl prowadzenia polityki, który wbrew opiniom powszechnym wśród najtwardszego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, nie jest tym samym, co marketing polityczny PO. Nie może bowiem być znaku równości pomiędzy brakiem zacietrzewienia (ideologicznego czy emocjonalnego), kulturalnym i merytorycznym formułowaniem argumentów w dyskusji z przeciwnikiem, a pustką ideową i manipulacją przykrytą postpolitycznym lukrem. Twierdzę też, że wizja „prawicowego republikanizmu” w ich wydaniu ma we współczesnej Polsce wiele istotnych punktów stycznych z programem mądrej lewicy. Wzmocnienie państwa, modernizacja, walka ze skrajnymi nierównościami społecznymi i regionalnymi, oraz z polityczno-biznesowo-mafijną „ośmiornicą” to ważne zadania dla każdej władzy, której zależy na upodmiotowieniu Polski i Polaków. Co więcej, bez realizowania tych punktów trudno w zasadzie mówić o realizowaniu jakiegokolwiek projektu politycznego, który nie będzie opierał się na „prawie silniejszego”.

 

Przez długi czas, mimo zastrzeżeń (zwłaszcza w odniesieniu do dokonań Zyty Gilowskiej, jako ministra finansów w rządzie JK), popierałem PiS, czego kulminację stanowił głos oddany na Jarosława Kaczyńskiego w obu turach wyborów prezydenckich. Dzisiaj to już przeszłość, choć na pewno pozostanie mi ogromny sentyment do śp. Lecha Kaczyńskiego[i]; nie przestanę też zapewne uchodzić wśród znajomych za etatowego „obrońcę Kaczorów” (bo nie uważam, że PiS zagraża demokracji, uznaję likwidację WSI i parę innych posunięć rządu PiS za istotne osiągnięcia, że nie uważam wyborców tej partii za „ciemną masę”, a także ponieważ oceniam PO i SLD, jako ugrupowania bardziej niż PiS szkodliwe dla Polski). Uważam, że PiS zmarnowało swoją szansę na bycie szeroką formacją propaństwową, w której dogmatyzm i narodowo-katolickie poglądy nie są warunkiem pełnoprawnego członkostwa. Szkoda, bo w takiej formule Prawo i Sprawiedliwość było nie tylko istotnym i potrzebnym graczem na scenie politycznej, ale też potencjalnym czynnikiem dialogu pomiędzy ludźmi różnych światopoglądów i wartości podpisujących się pod negatywną diagnozą III RP. Jarosław Kaczyński miał oczywiście, jako niekwestionowany założyciel, strateg i lider swojego ugrupowania, prawo obrać kierunek, który obrał, ale nie opowiadajmy bajek, że PiS-owscy „liberałowie” zdradzili i zniszczyli jedność partyjną – to prezes zmienił strategię i kształt partii na tyle, że dla Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Elżbiety Jakubiak – i wielu innych polityków i wyborców PiS – zabrakło w niej miejsca. Niezależnie od stylu, w jakim dokonało się (dokonuje) rozstanie pomiędzy partią J. Kaczyńskiego (a obecnie należałoby już chyba mówić: Kaczyńskiego i Ziobry), niesmaku, jaki pozostawia, i poczucia, że gdyby obie strony konfliktu (JKR i EJ z jednej strony, prezes K z drugiej) więcej ze sobą rozmawiały i okazywały sobie więcej szacunku, to atmosfera ich sporu mogła być inna, strategia obrana i konsekwentnie realizowana przez JK po przegranych wyborach musiała oznaczać albo rozejście się narodowo-katolickiego PiS z centrowo-republikańskimi JKR i muzealnikami, albo rezygnację tych ostatnich z ambicji odgrywania jakiejkolwiek roli w partii (pogodzenie się z „marginalną rolą”). Skoro zaś były postawione wobec takiego wyboru, to cieszę się, że Joanna Kluzik-Rostkowska i Elżbieta Jakubiak wypadły za burtę, mało tego, mam nadzieję, że wkrótce dołączy do nich reszta pokrewnych ideowo polityków, jak Paweł Kowal czy Jan Ołdakowski. I mam nadzieję, że w obrębie paradygmatu propaństwowego i prospołecznego stworzą dla PiS centrową alternatywę, która, w moim przekonaniu, ma szansę na zagospodarowanie – w dłuższej perspektywie – wcale niemałej grupy wyborców.

 

Utrzymanie się na scenie politycznej formacji skupionej wokół postaci – pod względem rozpoznawalności w społeczeństwie – drugiego politycznego szeregu to oczywiście zadanie niezwykle trudne. W przeciwieństwie do Janusza Palikota – dla którego w moim odczuciu polityczne przetrwanie będzie niestety dużo łatwiejsze – nie rozpoznawalność była dla nich w polityce kluczowym celem, ale realna praca na rzecz państwa. A jednak, jestem przekonany, że to właśnie oni, z ich pracowitością, stylem uprawiania polityki i wyrazistym, choć otwartym na dyskusję przekazem, mają większą szansę na przełamanie politycznego układu i przekroczenie ograniczeń, jakie stawia przed nowymi inicjatywami system finansowania partii, aniżeli dawniejsi PiS-owscy „dysydenci”, opiewani przez medialne „sieroty po PO-PiS-ie”. Joanna Kluzik-Rostkowska i Elżbieta Jakubiak celnie nazywają podzielane coraz powszechniej znużenie wojną polsko-polską, PO i PiS-em. Jednocześnie, są w stanie zaproponować coś więcej niż populistyczne bicie piany. Główne pytanie polega moim zdaniem na tym, czy JKR i EJ wyciągną lekcję z doświadczeń poprzednich inicjatyw politycznych – czy znajdą równowagę między budowaniem rozpoznawalności poprzez media, a działaniami oddolnymi (poprzez animację i konsolidację ruchu społecznego i poparcie lokalnych autorytetów, tak jak robiły to w swoich początkach PO i PiS, a ostatnio Palikot, unikając budowania struktur na bazie bezideowych działaczy partyjnych i samorządowych – jednego z głównych grzechów nieudanego projektu Polski XXI). Wreszcie, czy oprą się pokusie rozmywania swojego propaństwowego i prospołecznego oblicza na rzecz wchłaniania politycznych celebrytów, których obecność miałaby jakoby ułatwić pozyskiwanie społecznego poparcia. To właśnie status polityków drugiego szeregu, skupionych na merytorycznej pracy państwowców, w połączeniu z komunikatywnością, kulturą dyskusji i klarownym, propaństwowym, prospołecznym programem, mogą stanowić w dłuższej perspektywie ogromne atuty Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Elżbiety Jakubiak i ich środowiska. Dlatego też mam nadzieję, że wbrew podszeptom mediów i domorosłych specjalistów od politycznego marketingu, panie JKR i EJ odpuszczą sobie współpracę ze specjalistami od autoprezentacji, jak Migalski, ale też np. z niepasującym do reszty towarzystwa, skrajnie liberalnym Poncyliuszem.

 

Łatwo nie będzie. Jeśli panie Kluzik i Jakubiak zdecydują się „pójść tą drogą”, nie mogą się spodziewać razów zarówno od twardych PiS-owców (wyjątkowo wyczulonych na „zdradę partii”), jak i całej reszty skostniałego politycznego spektrum, z którym przyjdzie im konkurować, a także – jak tylko się okaże, że nie wyrzekły się swoich poglądów – od mainstreamowych mediów. Pozostaje trzymać kciuki, by zarysowująca się szansa na polityczną alternatywę nie została zaprzepaszczona.



[i] Choć w temacie różnic między Braćmi konieczna jest spora doza delikatności, do bajek należy zaliczyć mit o ich jednomyślności, czy wręcz światopoglądowej i środowiskowej jedności – różnice, do których obaj się zresztą otwarcie przyznawali, można prześledzić zarówno w wypowiedziach publicznych po 1989 roku, jak i w odleglejszych biografiach; warto zwrócić choćby uwagę na przynależność do konkurencyjnych środowisk politycznych w pierwszej Solidarności. W grudniu 1981 Lech podpisał deklarację związanych z lewicą KOR-u Klubów Samorządnej Rzeczypospolitej Wolność-Sprawiedliwość-Niepodległość (obok m. in. Jacka Kuronia, Adama Michnika, Zofii i Zbigniewa Romaszewskich, Anny Walentynowicz). Parę miesięcy wcześniej Jarosław, wspólnie z m. in. Antonim Macierewiczem, Jackiem Bartyzelem, Tomaszem Wołkiem i Bronisławem Komorowskim zakładał Kluby Służby Niepodległości